niedziela, 23 czerwca 2013

27. Wszystko i nic.

Zaniedbałam bloga, a do tego muszę się niestety przyznać, że nie przygotowałam nic kosmetycznego. Znowu. Mam trochę urwanie głowy, a większość kosmetyków, które teraz mam dookoła siebie, to kosmetyki w pracy. Mam za to kilka zdjęć z ostatnich dni i tygodni. :)
Jak jeździć- to tylko z dobrą muzyka!

Latte obecnie próbuje uratować moje włosy...

Ukochana Vera Wang. Oszczędzana, bo praktycznie w PL niedostępna. Niestety od 2 miesięcy ze zgubioną zakrętką....

Ulubiony pędzel. Maestro 155. 

Nareszcie zrobiłam porządek na tablicy korkowej. Zostały same senty-menty.

Chłodzenie zmęczonego kota w gorące dni. Gratis: prychanie i syczenie na swojego człowieka. 

Miałam wczoraj ogromną przyjemność po raz pierwszy być w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Nie byłam przekonana czy opera jest dla mnie odpowiednia... Cóż, podobało mi się!


Wolę zwykły teatr (pamiętny "Lobotomobil"), ale opera podobała mi się bardziej niż operetka. Najchętniej cały czas patrzyłabym na orkiestrę. Widziałam tylko kilku muzyków, ale jeden, grający na waltorni, powalił mnie na kolana, tym, że ruszał brwiami w rytm tego, co grał. Przegenialny, naprawdę! :D
 Aż zatęskniłam za Poznaniem... Byłam tam dosłownie chwilę, a zdążyłam zatęsknić. Miałam plan wybrać się do hebe, jednak ani czas, ani temperatura powietrza mi na to nie dały szansy...
Dzisiaj mam leniwą niedzielę, a w głowie plącze mi się "Ob-la-di" Beatlesów. Przysiady robię nadal, chociaż mięśnie nawet po solidnym rozciąganiu bolą... Tak bardzo chciałabym ruszyć tyłek i iść pobiegać, ale mój leń skutecznie zatrzymuje mnie w domu. Cóż, znów wolę rower. ;)

A to nowy gość w moich zbiorach, o którym już pisałam. ;)

niedziela, 16 czerwca 2013

26. Co robię, żeby robić ze sobą cokolwiek.

Od zawsze było mnie trochę za dużo. Nie jest to dużo za dużo, jest za to na tyle, że mi to przeszkadza. Jeść lubię, ale byłam na jednej diecie rok temu- schudłam 6 kilogramy w miesiąc, kolejne dwa miesiące dietowałam się na podtrzymanie wagi. Trzymałam się do lutego... Potem 4 kilogramy wróciły, ale niektóre nowe nawyki żywieniowe zostały. Nie chcę póki co znów wprowadzać diety, ponieważ nie pozwala mi na to teraz praca. Zresztą chudnąć jakoś szczególnie też nie chcę, po prostu chcę wyglądać trochę lepiej.
Ćwiczyć lubię, ale muszę mieć motywację, czas, humor i ochotę. Z bieganiem bywa różnie. Nie lubię biegać sama, nie lubię biegać po mieście, w którym mieszkam, ale staram się i ogólnie biegać lubię i mogę. Dużo bardziej lubię rower stacjonarny. Mogę jeździć o której mi się podoba, nikt na mnie nie patrzy. No idealnie. Staram się jeździć 3 razy w tygodniu po mniej więcej 50 min. Trzymam stałe tempo 20km/h i robię 20-25 km. Ładnie to wygląda, kiedy o tym piszę, jednak w praktyce nie zawsze jest tak, jak bym chciała. Zdarza mi się cały tydzień nie zrobić zupełnie nic. Bardzo chciałabym zacząć regularnie pływać, jednak na basen mam dość daleko, a w jeziorach, które mam pod samym nosem już się nie da tak pływać.
Wczoraj wpadłam na wyzwanie przysiadowe. Pogrzebałam trochę w necie i znalazłam dwie wersje- mniej wymagająca, która po 30 dniach kończy się na 150 przysiadach i bardziej wymagająca kończąca się po takim samym czasie na 250. Nie lubię swoich płaskich pośladków i denerwują mnie zbyt grube uda (a do tego cellulit, którego nienawidzę...), więc zdecydowałam się na trudniejszy program. 
Zaczęłam dzisiaj, jestem już po 50 powtórzeniach. Myślałam, że będzie łatwiej, ale myliłam się. Dałam radę, jednak nie bez wysiłku, przyśpieszonego tętna i oddechu. Ale przecież o to chodzi! :) 

Wiem, jak dobrze robić przysiady, uczono mnie tego na studiach. Dodatkowo znalazłam porządny filmik, który to pokazuje: 
Mam nadzieję, że dam radę przez te 30 dni. Najbardziej boje się swojego własnego lenistwa! Czas pokaże, trzymajcie kciuki! :) Nadal będę jeździć na rowerze i starać się biegać, chociaż trochę. 
30 dni według schematu znalezionego gdzieś w googlach: 
Jestem również ciekawa jak zareagują moje kolana. Długi czas miałam z nimi dość spory problem, po zastrzykach kilka lat temu do teraz mam względny z tym spokój. Czasem po bieganiu albo na początku jazdy na rowerze czuję stawy kolanowe... Dawno nie próbowałam przysiadów, więc mam nadzieję, że i tu mnie moje kolana miło zaskoczą. :) 

A post pisałam podjadając lody bakaliowe z ananasem. :) Tak właśnie wygląda moje dbanie o siebie...

sobota, 15 czerwca 2013

25. Krem BB według mnie

Długo się do tego tematu zbierałam, testuję nadal. Nie lubię używać podkładu. Męczy mnie jego nakładanie, szkoda mi czasu, męczy mnie pilnowanie by nie dotykać twarzy- ale efekt wypodkładowanej twarzy bardzo lubię, szczególnie ze względu na to, że mam sporo naczynek na policzkach. Zanim odkryłam swój podkładowy absolutny kwc, denerwowało mnie też uczucie szpachli i tony produktu na twarzy. Podkład ulubiony mam, owszem.
Kremy BB kusiły. Oczywiście przy wyborze wyeliminowałam zwykłe kosmetyczne marki. Vichy dostało się do testów przez przypadek- byłam w aptece, zapytałam o próbę i o dziwo ją dostałam. A nawet dwie! Zamówiłam też trzy kolejne próbaski z Asian Store i tym sposobem wybrałam swojego BB.
Do testów weszły: Idealia Vichy dla cery jasnej, Bio-Essence Bio Multi-Effect, Lioele Dollish odcień zielony i Skinfood Peach Sake o jaśniejszym odcieniu.




Wybaczcie- nijak nie mogłam tego zdjęcia odwrócić!
Obawiałam się BB, bałam się, że będą moimi osobistymi bublami. Cóż, Vichy zawiodło i faktycznie nie polubiliśmy się. Pewnie dlatego, że jest rozświetlająca- nienawidzę tego, bo mam mieszaną cerę... Reszta okazała się naprawdę dobra, miałam trudny wybór, jeśli chodzi o faworyta i zakup pełnowymiarowego produktu.
Od góry: Bio-Essence, Vichy, Lioele, Skinfood




Od lewej: Skinfood, Lioele, Vichy, Bio-Essence
Vichy okazało się ciemne, zbyt iskrzące, no i zostawiało plamy. Wyglądałam jak po godzinie biegania... Żaden puder nie dał rady tego dziadostwa zmatowić. Nie wzięłabym tego BB nawet za darmo... Zawiodłam się trochę, chociaż dobrze wiedziałam, że nasze rynkowe firmy robią buble, a nie BB. Vichy odpadło jeszcze w przedbiegach, więc druga próbka powędruje dalej albo będzie się kurzyć.
Reszta szła łeb w łeb. Jeśli chodzi o zapach- wygrywa zdecydowanie Bio-Essence! Zapach jest naprawdę uroczy, dobrze się z nim czułam i sprawiało mi przyjemność to, że czuję go cały dzień. W tej kategorii drugie miejsce zajął Skinfood. Zapach już mniej przyjemny, ale nie przeszkadzał mi. Za to do Lioele musiałam się długo przyzwyczajać... Jakiś taki lekarski ten zapach, ni to ziołowy, ni to herbaciany. Sama nie wiem. Ostatecznie już mi ten zapach też nie przeszkadza i nie zauważam go. 
Co do koloru... Wszystkie trzy mi pasowały, naprawdę. Skinfood jest delikatnie zbyt pomarańczowy. Bałam się Lioele, ale już po chwili idealnie stapia się ze skórą i delikatnie ją rozjaśnia, ale nie rozświetla. Bio-Essence wydawał mi się ciemny, jednak przypudrowany jest idealny. Tutaj najgorzej wypada Skinfood.
Krycie, czyli to co jest dla mnie ważne. Wygrywa Bio-Essence, który naprawdę porządnie kryje, ładnie wyrównuje koloryt. Drugie miejsce- Lioele, mimo, że wydawało mi się to mało możliwe, bardzo dobrze neutralizuje naczynka, krosty, żyłki na powiekach. Jest to mój osobisty faworyt w tej kategorii, bo nie zależy mi na kryciu na całej twarzy, a właśnie na jej czerwonych elementach. Skinfood ujednolica, ale jakby za mało...
Trwałość i powstawanie plam. I tu Skinfood wypada najgorzej... Trochę plami, najszybciej się ściera. Mam tendencję do dotykania twarzy i nie potrafię tego powstrzymać, tak już mam. Szukam produktu, który będzie mi pod tym względem odpowiadał. Bio-Essence długo się trzyma, lubię go, ale czasem kiedy się śpieszę to powstają małe, ciemniejsze smugi. Tak samo na granicy włosów czy brwi. Trzeba go starannie rozprowadzać. Lioele wygrywa- nie zostawia smug, plam, trzyma się równie dobrze, co Bio-Essence. 
Matowienie. Ważna dla mnie sprawa, bo nienawidzę kiedy twarz mi się błyszczy. W tej kategorii wszystkie trzy są mniej więcej na tym samym poziomie, po takim samym czasie zaczyna się błyszczenie. W porównaniu z samym pudrem- są lepsze jeśli chodzi o matowienie, porównywalnie z podkładem matującym. Mają w tej kwestii u mnie naprawdę duży plus.
Cóż, w moich już okrojonych testach najsłabiej wypadł Skinfood. Wahałam się długi czas między Bio-Essence a Lioele. Patrzyłam również na ceny produktów. Ostatecznie zdecydowałam, że kupię... Lioele! Na lato jest idealnie lekka, zakrywa to, co chcę by było zakryte, ma niższą cenę i mniej muszę się starać przy nakładaniu. 
Jestem naprawdę miło zaskoczona jakością oryginalnych kremów BB! Nie spodziewałam się po nich aż tak dobrych efektów. Teraz już wiem, że chociażbym się broniła rękami i nogami, to i tak wypróbuję to, co blogosfera pokochała. ;)
A Wy macie swój ulubiony krem BB? Co myślicie o Lioele? 

piątek, 14 czerwca 2013

24. Kosmetologia jako kierunek studiów, czyli z czym to się je.

Wiele razy zastanawiałam się dlaczego studiuję akurat to co studiuję. Nie planowałam tego, wyszło w praniu, na szybko. Szukając kierunku nie wiedziałam w jakie dziedziny chcę iść. W drugiej klasie liceum (o profilu dziennikarskim, o zgrozo!) zdecydowałam, że moja matura będzie biologiczno-chemiczna. Przejrzałam wszystkie około medyczne kierunki i nic mnie nie zainteresowało, oprócz kosmetologii. Składałam papiery na cztery kierunki, z czego trzy były zupełnie inne niż ten, który ostatecznie wybrałam. O mały włos, a wylądowałabym na inżynierii chemicznej, materiałowej albo biomedycznej i to na Politechnice Poznańskiej! W porę mnie olśniło i jednak wybrałam kosmetologie z czego się teraz bardzo cieszę. Okazało się też, że od dziecka bawiłam się w używanie kosmetyków.
Dlaczego studiuje tam, gdzie studiuję? Na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu było 30 miejsc na roku, więc się po prostu nie dostałam. I tego również w ostateczności nie żałuję wcale a wcale, chociaż z wynikiem rekrutacji ciężko mi było się pogodzić!
Teraz skończyłam drugi rok dziennej kosmetologi na Wyższej Szkole Zdrowia, Urody i Edukacji w Poznaniu. Moja szkoła bardziej znana jest po prostu jako szkoła Anieli Goc.
Kierunek jest na pewno ciekawy, ale też dość wymagający. Wiadomo, jeśli ktoś nie chce się uczyć, to się nie nauczy, a jeśli ma szczęście to i tak studia skończy. Ja wychodzę z założenia, że jest to na tyle ważny zawód, bądź co bądź ingerujący w ludzkie zdrowie, że muszę umieć to, czego chcą mnie nauczyć. Bez tego NIE DA się być dobrym kosmetologiem.
Jakie mamy przedmioty? Wszelkie medyczne, zaczynając od anatomii, fizjologii, histologii, a kończąc na dermatologii i immunologii. Mamy też trochę psychologii, trochę pedagogiki zdrowia, trochę marketingu, no i najważniejsza kosmetologia. Bawimy się też trochę w chemię- mamy recepturę medyczną w laboratorium, mamy dużo chemii teoretycznej. Ważną rolę w tym kierunku pełni też profilaktyka zdrowia, jesteśmy, jako kosmetolodzy, często pierwszym kontaktem w wielu schorzeniach.
A co z praktyką? Raz lub dwa razy w tygodniu, zależnie od roku studiów, mamy zajęcia w pracowni, gdzie uczymy się i ćwiczymy wykonywać zabiegi. Od najprostrzych, do tych trudniejszych. Ponadto po pierwszym i drugim roku trzeba odbyć praktyki w gabinecie kosmetycznym, medycyny estetycznej czy spa. Jest to 160 godzin pracy.
Idąc na kosmetologie nie byłam ani trochę przekonana o tym, że to to trafny wybór. Teraz wiem, że w niczym nie czuję się lepiej niż w kierunku medycznym. Zastanawiam się czy nie dokończyć licencjatu, nie poprawić matury i nie próbować dostać się na lekarski- wtedy wybrałabym medycynę estetyczną. Ubolewam nad tym, że kosmetolodzy mają tak mocno ograniczone prawa jeśli chodzi o zabiegi.
Nie znam dokładnie programu szkół policealnych, które kształcą kosmetyczki, ale wydaje mi się, że jest dość duża różnica. Niestety w polskim społeczeństwie nie ma różnicy między kosmetologiem a kosmetyczką, co mnie osobiście boli i zawsze kiedy ktoś nazwie mnie kosmetyczką, przypominam sobie te wszystkie godziny spędzone nad książkami. Nie mam zamiaru obrażać nikogo, kto skończył szkołę policealna, ale te dwa, mimo wszystko różniące się zawody, powinny być od siebie oddzielane.
Co chcę robić w przyszłości? Nie wiem. Na pewno zostanę w tej tematyce, tylko jeszcze nie do końca wiem jako kto. Lubię wykonywać zabiegi, lubię pielęgnację twarzy, ciała, marzy mi się własne spa. Nie widzę siebie w zwykłym gabinecie kosmetycznym- nie lubię robić paznokci, brwi, rzęs, stóp. Cóż, czas pokaże.
Kosmetologie polecam, swoją szkolę również. Jest to dość młoda dziedzina i mam nadzieję, że będzie coraz więcej wykwalifikowanych odpowiednio specjalistów w tym kierunku. Nie, nie przejmuję się konkurencja. :)
A Wy myślałyście kiedykolwiek o tym, by dokształcić się w kosmetycznym kierunku? :)